Przejdź do menu głównego | Przejdź do treści | Przejdź do wyboru wielkości czcionki | Przejdź do mapy strony | Przejdź do osób | Przejdź do wiadomości | Przejdź do wydarzeń | Przejdź do instytucji | Przejdź do wyszukiwarki wydarzeń |

WPEK
E-mail Facebook

„Nie trzeba być utalentowanym, żeby być twórczym” – wywiad z Januszem Byszewskim
Janusz Byszewski
Z kuratorem i założycielem Laboratorium Edukacji Twórczej w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie rozmawia Jurek Hagmajer.

Jurek Hagmajer: Czym jest dla Pana edukacja kulturalna?

Janusz Byszewski: Myślę, że edukacja kulturalna jest ważna, jeśli odwołuje się do koncepcji kultury czynnej, stworzonej i uprawianej przez Jerzego Grotowskiego. [Jerzy Grotowski – reżyser teatralny, pedagog oraz twórca metody aktorskiej – przyp. red.]. Szerzej patrząc na inspiracje i korzenie edukacji kulturalnej, to najbardziej inspirujący wydaje się okres kontrkultury.

Tak rozumiana kultura ma sprzyjać ludzkiej, twórczej aktywności i osobistemu rozwojowi. Mówiąc językiem postmodernistycznym – kultura aktywna pomaga w budowaniu swojej tożsamości. Kiedyś było tak, że rodziliśmy się w określonej kulturze i to nas od początku do końca kształtowało. Dzisiaj korzystanie z różnych wątków, z różnych kultur, również tych obcych i odległych powoduje, że możemy siebie ukształtować, ulepić, „wyrzeźbić”. A to jest zadanie dla osoby twórczej, która się chce rozwijać, jest to zadanie na całe życie.

Temu właśnie sprzyja nowoczesna, mądra i aktywna edukacja kulturalna – doświadczaniu siebie w nowej roli osoby twórczej. Uświadamia ona odbiorcy, że nie trzeba być utalentowanym, żeby być twórczym. Dlatego jest ona tak ważna.

Jakie są według Pana skuteczne metody edukacji kulturalnej?

Żeby edukacja kulturalna była skuteczna, musi dziać się tu i teraz. Niestety edukacja kulturalna w jakimś sensie jest globalna, ale to co dzisiaj jest ważne to jej lokalność, odnoszenie się do naszej małej „prowincji” – w dobrym tego słowa znaczeniu – czyli tego, co jest wokół nas. Na pewne zagrożenia globalności musimy odpowiadać lokalnością. Jest takie zapomniane polskie słowo „okolica”. Terenem działania edukacji kulturalnej jest „okolica”.

Oprócz tego edukacja kulturalna powinna być przede wszystkim – aktywna. Aktywna to znaczy, że jej odbiorcy muszą w czymś uczestniczyć. Nazywamy to edukacją partycypacyjną.

Kolejna rzecz, musi być - aktualna. Kiedyś poeci nowej fali ukuli hasło – „nie chcemy być poetyccy, chcemy być aktualni”. Edukacja kulturalna powinna dotykać problemów, które są ważne, a nie wymyślone w oderwaniu od rzeczywistości czy, co gorsza, narzucone. Jeśli będziemy zajmować się sprawami ważnymi to będziemy się spierać, wyrabiać poglądy, będziemy się rozwijać. I temu może służyć też sztuka – mówię tu o takich formach jak warsztaty, projekty, community arts, akcje partycypacyjne itp.

Edukacja kulturalna jest przede wszystkim obszarem wolności. Kultura powinna być bardzo blisko pojęcia wolności, ponieważ jedynie w wolnych sytuacjach rodzą się wartości. A pytanie o wartości jest podstawowym pytaniem i dla artysty, i dla animatora kultury. W związku z tym czym więcej wolności, tym więcej twórczości.

Pomówmy o roli instytucji kultury w edukacji kulturalnej. Czym dzisiaj powinna być nowoczesna instytucja kultury?

Między innymi tym zagadnieniem zajmujemy się w Laboratorium Edukacji Twórczej. Na przykład robimy całą serię projektów poświęconych muzeom i galeriom. Wiele lat temu realizowaliśmy projekt „Inne Muzeum”, w którym pytaliśmy o aktywną obecność ludzi w muzeach. Później był projekt „Otwarte Muzeum”, a ostatnio – „Muzeum bez ścian”, nawiązujący do koncepcji uniwersytetu bez ścian Josepha Beuysa.

Generalnie chodzi o otwartość na to, co jest wokół - na problemy, na świat, na społeczeństwo. Myślenie relacyjne, projektowanie sytuacji sprzyjających budowaniu relacji międzyludzkich, które dla nas są warunkiem powstania dzieła, czy sytuacji kreatywnej. Mało tego, te relacje same w sobie mogą być dziełem. I to jest w nowoczesnej edukacji niezmiernie istotne.

Jeśli jednak już mówimy o instytucjach to należy sobie zadać bardzo ważne pytanie: do kogo należą instytucje kultury? Do dyrektorów, urzędników, państwa, wojewody czy polityków? Idąc tropem myślenia Beuysa, który, tworząc teorię rzeźby społecznej powiedział, że rzeźbimy przy pomocy naszych słów, naszych myśli, ale także rzeźbimy przy pomocy działań społecznych możemy na instytucje kultury spojrzeć inaczej.

Gdybyśmy popatrzyli na dom kultury czy na muzeum poprzez koncepcję rzeźby społecznej to możemy powiedzieć, że domy kultury czy muzea są taką przestrzenią, w której rzeźbią także ludzie z nich korzystający. Czyli zmieniamy podejście do tych, których tradycyjnie traktujemy jako bierną publiczność i konsumentów. Dzielimy się przestrzenią. I to nie tylko tą przestrzenią fizyczną, ale również przestrzenią idei, działań, projektów.

Jakiś przykład?

Oddanie pewnej przestrzeni muzealnej, pewnych sal, lokalności społecznej czy organizacjom ngo. Braliśmy udział w projekcie międzynarodowym, w którym wraz z instytucjami z innych krajów uświadomiliśmy sobie, że w ogóle nie znamy ludzi, którzy mieszkają wokół muzeów, nic o nich nie wiemy. Mało tego – gdy się zaczęliśmy temu przyglądać to tak naprawdę oni też nas nie znają. To są dwa światy.

Zrobiliśmy więc projekt projektu – cyrklem na mapie zakreśliliśmy koło obejmujące ludzi mieszkających wokół instytucji. Zaczęliśmy robić z nimi projekty, oddając im „nasze” przestrzenie. Miało to różne ciekawe rezultaty. Na przykład moi koledzy z Irlandii zrobili z mieszkańcami profesjonalną wystawę. Wprowadzono sąsiadów w obszary sztuki współczesnej poprzez warsztaty, po których weszli oni w role kuratorów – wybierali swoje ulubione prace, napisali do nich komentarze i zrobili wystawę, po której sami oprowadzali.

Z kolei w naszym Laboratorium Edukacji Twórczej w CSW działaliśmy inaczej… Z inspiracji Marii Parczewskiej przygotowaliśmy wielką pracę zrobioną przez 80 osób, wszystkich (naprawdę wszystkich) pracowników Zamku Ujazdowskiego, które opowiadały o tym, czym jest dla nich sztuka. Ich odpowiedzi złożyły się na wspólną pracę: wielki obraz Zamku, składający się z 96 wypalonych kafli z indywidualnymi odpowiedziami. Można ją teraz oglądać na wystawie „Sytuacje poznawcze”.

To nadzwyczaj ciekawe myślenie o edukacji kulturalnej i niezwykle ciekawe pomysł, mogące być dla wielu inspiracją! A jakie widziałby Pan zagrożenia?

Myślę, że dużym zagrożeniem jest dzisiaj nadmierna strukturalizacja i nadmierne usiłowania w celu koordynowania edukacji kulturalnej. Taką zwiększoną kontrolę obserwujemy na całym świecie. Kształcenie w tym zakresie powinno być raczej bliżej sztuki i wolnej kultury niż systemu edukacyjnego. Powinno mieć większy obszar swobody. Kulturą zaczęły zarządzać konkursy, wymyślane często bez udziału twórców. Zawsze grozi to tym, że będą nadmiernie sterowane i administrowane.

Druga rzecz to próby ujmowania kultury w kategoriach ekonomicznych… Mówi się np. o przemysłach kultury, o tym jak kultura sprzyja zarabianiu pieniędzy. I to się odbija również na edukacji kulturalnej – liczy się przede wszystkim ilu było uczestników, ilu gości, natomiast rzadko bada się głębokość zmian, które ona powoduje czy wartości, które generuje. To jest moim zdaniem bardzo niebezpieczne!

Ostatnim zagrożeniem, o którym chciałbym powiedzieć, jest nadmierna festiwalizacja kultury. Zbyt wiele jest według mnie festiwali, przeglądów, zjazdów – zżera to ogromne ilości pieniędzy, przeważnie jest bardzo płytkie i powierzchowne. Organizatorom wydaje się, że z sukcesem załatwia się w ten sposób wszystkie uroczystości. Natomiast nie dostrzegają tego, że w ten sposób zabija się kulturę czynną, lokalną inicjatywę, o której mówiliśmy wcześniej. Łatwiej jest konsumować niż znosić trudy twórczości, działać lokalnie, długo i głęboko… Często festiwale wykorzystywane są przez polityków do celów pozakulturalnych.

Ktoś kiedyś obliczył, że w Europie latem odbywa się ponad osiem tysięcy festiwali międzynarodowych, a do tego organizuje je każda wieś i gmina. Jest to ogromny przemysł – powstają grupy artystyczne, teatry i zespoły muzyczne, które są robione tylko pod festiwale. Objeżdżają one potem całą Europę i pokazują swoje produkcje. To zabija ideę kultury czynnej, stąd niebezpieczeństwo tego zjawiska.

A jak Pan ocenia kondycję systemu edukacji?

Często lubię przywoływać taki model, który został przedstawiony na pewnej konferencji w Europie – że edukacja rozkłada się dziś na trzy części. Jedna trzecia to system formalny, czyli szkoły, uniwersytety, akademie i tak dalej. Ale to jest tylko jedna trzecia całego systemu, któremu dzisiaj podlegamy.

Kolejna część to jest edukacja realizowana właśnie poprzez instytucje kultury – i to jest bardzo ciekawe. Mówimy tu o muzeach, galeriach, domach kultury, cyrkach, filharmoniach i tak dalej, do których ludzie idą z własnej woli. Sami je wybierają – i to jest niezmiernie ważne. Ta część cały czas się powiększa.

I została nam trzecia część. Ta, w której ludzie sami się edukują. To są „nowe media”, o których jeszcze kilkadziesiąt lat temu nikt nie myślał. Dzisiaj ilość informacji jest nieprawdopodobnie duża, umożliwiona jest wymiana myśli, szukanie nowych idei, co stymuluje kreatywne myślenie. Wolny system wymiany idei.

Kiedyś całą edukację załatwiał formalny system edukacyjny. Dziś jego rola maleje i niektórzy specjaliści twierdzą, że będzie dalej malała. Może dojść do takiego momentu, że szkoła będzie praktycznie dodatkiem do całego systemu edukacyjnego.

W szczególności w kwestii kultury…

A w kwestii kultury to w ogóle nie ulega wątpliwości. Tym bardziej, że sama szkoła, że tak powiem, oddała pole

A zatem rozwiązaniem byłoby skupienie się na tym, co jest skuteczne – na tym, co samo z siebie zaczęło przejmować ten obszar?

Dokładnie. W Warszawie i innych miastach mamy bardzo dużo organizacji pozarządowych, fundacji i stowarzyszeń, które robią kapitalne projekty ze wszystkimi: z najmłodszymi, z młodzieżą i ze starszymi, z rodzinami; projekty integracyjne, resocjalizacyjne i tak dalej. A szkoła się sama poddała.

A jak Pan myśli, czy współpraca organizacji pozarządowych z tradycyjnymi placówkami ma przyszłość?

Jak najbardziej tak. Muzeum sztuki z Ljubljany zorganizowało projekt dla organizacji pozarządowych, którego założeniem było oddanie im części przestrzeni muzeum na kilka tygodni. Organizacje zgłaszały swoje projekty i użytkowały tę przestrzeń, korzystały z zaplecza i infrastruktury muzeum. Trzeba być naprawdę dobrym dyrektorem i menadżerem, żeby się tak otworzyć, nie czuć żadnego zagrożenia, przestać narzekać na brak pieniędzy i wpuścić to, co naprawdę nowe.

W rezultacie do muzeum przyszli ludzie młodzi, otwarci, z innych obszarów, którzy do tej pory nigdy nie byli w muzeum – a więc korzyść dla obu stron. Pojawiają się bowiem wartości, o które chodzi takim instytucjom, czyli nowe idee, nowe realizacje, nowy język... I to jest dla mnie ta siła rozwoju. Można powiedzieć nawet, że organizacje pozarządowe wyprzedziły ciężkie i uśpione z różnych powodów muzea i domy kultury.

Widzę dużą szansę w takiej strategii działania, w której, zamiast realizowania swojej tradycyjnej misji w zamkniętych czterech ścianach, robimy instytucję bez ścian i otwieramy się naprawdę na te idee, które są wokół nas.

Co wobec tego według Pana powinna dzisiaj robić szkoła w zakresie edukacji kulturalnej?

Oprócz pewnej lokalności w działaniu uważam, że ważne byłoby skupienie się na rozumieniu i ochronie krajobrazu kulturowego.

Co się za tym kryje?

Mówimy na przykład o krajobrazie wiejskim i krajobrazie miejskim. Teraz już na to za późno, ale dlaczego szkoły nie mogły stanąć w obronie np. rozbieranej Hali Koszyki w Warszawie? Jeszcze gorsza sytuacja jest na wsi, czyli w przestrzeni natury, gdzie ten krajobraz jest potwornie niszczony. Nie tylko przez budownictwo, ale przez złe przepisy; dzielenie ziemi na małe działki… Np. połowa Mazur zabudowana jest budami na trzystumetrowych działkach.

Moim zdaniem ogromnie ważne jest dbanie o swój krajobraz kulturowy. I to na przykład jest zadanie dla szkoły: od małego wychowywać ludzi tak, żeby go rozumieli i chronili. A tym się nikt nie zajmuje i wykorzystują to politycy i gangsterzy. Tak jak nie odbuduje się Hali Koszyki, tak nie wróci się do pięknych dzikich Mazur czy Sejneńszczyzny.

Drugi temat – to edukacja o wzornictwie, projektowaniu, budowaniu postaw świadomego konsumenta. Ludzie powinni wiedzieć co to jest dobra architektura, co to jest dobrze zaprojektowane wnętrze, wiedzieć jak się ubrać i jak nakryć do stołu. Niektórzy to nazywają kształceniem świadomego konsumenta estetycznego, wyrabianiem dobrego smaku. Po to, aby dokonywać dobrego wyboru w sklepach; mebli, butów, długopisów, kubków…

To jest to, co zrobiono w Finlandii – sukces designu fińskiego szedł równolegle z sukcesem edukacji ku dobremu designowi. Oni wiedzieli jedną rzecz: jeżeli nie będzie świadomego konsumenta to najlepsze produkty będą leżały w magazynach. Każdy Fin do dzisiaj jest kształcony w tym kierunku. Jest to obszar edukacji kulturalnej, który niestety jest u nas zaniedbany.

Proszę powiedzieć, co sądzi Pan o Warszawskim Programie Edukacji Kulturalnej?

Ma on swój głęboki sens i ogromną misję. Jest to pewna platforma, której narzędzia umożliwiają i ułatwiają realizację części tego, o czym przed chwilą rozmawialiśmy. Nareszcie sprawa edukacji kulturalnej została tak mocno wydzielona i podkreślona.

Jestem przeciwny nagrodom, jednak w tym wypadku uważam, że przyznawana raz do roku duża i prestiżowa nagroda Warszawskiej Giełdy Programów Edukacji Kulturalnej daje bardzo wyraźny sygnał społeczny.

Dziękuję za rozmowę.



Janusz Byszewski
Współzałożyciel grupy pARTner (1983 – 1990); od 1989 kurator i założyciel Laboratorium Edukacji Twórczej w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie; od 1996 prowadzi warsztaty Projektowanie sytuacji twórczych w ramach specjalizacji Animacja kultury w Instytucie Kultury Polskiej UW. Autor kilkudziesięciu projektów w Polsce i za granicą. Książki: „Tutaj jestem” (1994), „Inne muzeum” (1996) ; współautor z M.Parczewską „Projektowanie sytuacji twórczych” (2005), „Dom, moje centrum świata” (2005), „Sztuka współczesna - instrukcja obsługi” (2007), „Muzeum jako rzeźba społeczna” (w przygotowaniu).